Rozdział III: Ojciec


    
Dorastałem w rodzinie, w której nie było żadnego prawdziwego wzorca m
ęskiego. Ojciec, choć z zawodu policjant, nigdy nie był dla mnie autorytetem. Zamiast twardego faceta, który potrafi postawić się światu, miałem w domu kogoś, kto wiecznie uciekał od problemów, chował głowę w piasek i nie potrafił powiedzieć ani jednego mocnego słowa. Zamiast ojca – miałem w domu straszną pizdę. 

    Brakowało mi kogoś, kto pokaże, jak być facetem. Kogoś, kto nauczy, jak się stawiać, jak walczyć o swoje, jak nie dać sobie wejść na głowę. Zamiast tego miałem przykład, jak się wycofywać, jak nie podejmować decyzji, jak być przezroczystym. 

    Wzorca zacząłem więc szukać gdzie indziej. Najpierw były to podwórka, potem knajpy i puby. Tam, w zadymionych salach, przy dźwiękach rzutków uderzających o tarczę, znalazłem ludzi, którzy stali się moimi nauczycielami życia. Nie byli święci – wręcz przeciwnie. Tam zobaczyłem, że życie to nie bajka, a świat nie jest sprawiedliwy.

    Wśród ludzi, którzy mieli w dupie konwenanse i nie bali się mówić, co myślą, nauczyłem się więcej niż przez całe dzieciństwo w domu. Tam zobaczyłem, że facet to nie tylko ktoś, kto nosi mundur, ale ktoś, kto potrafi być sobą, nawet jeśli czasem oznacza to bycie skurwielem.

    Dziś wiem, że nie każdy ojciec zasługuje na szacunek tylko dlatego, że jest ojcem. Szacunek trzeba sobie wypracować, a nie dostać z urzędu. Wiem jedno – lepiej być sobą w knajpie niż udawać kogoś w domu, w którym i tak nikt nie słucha.

Komentarze

Popularne posty