Rozdział IX: Alkoholik
Moja znajomość z alkoholem zaczęła się stosunkowo wcześnie. Miałem może trzy, cztery lata, kiedy prababcia stwierdziła na rodzinnym grillu, że piwo jest zdrowe dla dzieci. Wtedy nikt nie widział w tym niczego złego. Dostałem małą szklankę, a że nie znałem umiaru, wypiłem ją całą na raz. Podobno rzygałem dalej, jak widziałem. Nie pamiętam tego, ale ta historia była później często opowiadana przy rodzinnych spotkaniach – zawsze z uśmiechem, jakby to była zabawna anegdota z mojego dzieciństwa.
Nie zrozumcie tego źle. Prababcia Marysia była świetną kobietą. Twardą, stanowczą, z charakterem. Nikt w rodzinie nie potrafił jej podskoczyć. To ona trzymała wszystkich w kupie i krótko – jak trzeba było, to potrafiła przywołać do porządku jednym spojrzeniem. Kiedy podupadła na zdrowiu, wszystko się posypało. Każdy skoczył sobie do gardła, jakby nagle zabrakło kleju, który trzymał tę rodzinę razem.
Ale wracając do tematu – alkohol zawsze mnie pociągał. Wydawał się czymś dorosłym, czymś, co daje wolność, a jednocześnie jest zakazane. Im bardziej zabraniano, tym bardziej chciałem spróbować. Kiedy już zacząłem się z nim bawić, nie potrafiłem skończyć. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że byłem alkoholikiem. Większość technikum spędziłem albo zjarany, albo nawalony. Nie było dla mnie problemem pić w knajpie, pójść do kibla się wyrzygać i wrócić do stołu, żeby pić dalej. Budziłem się nie raz, rzygając z łóżka na podłogę, a potem starałem się to szybko wytrzeć, zanim ktoś zauważy. Głowę miałem mocną, ale żołądek słabszy.
Miałem nawet swojego nauczyciela w piciu – Morisa. Nie żyje już, ale wtedy był dla mnie kimś w rodzaju mentora. Siedzieliśmy razem w knajpie przy barze w środku tygodnia, piliśmy wódkę, a on powtarzał, że najlepiej zagryzać, bo wtedy dłużej się trzyma. Uwielbiałem go wtedy. Był starszy, doświadczony, miał w sobie coś, co sprawiało, że chciało się go słuchać. Dziś wiem, że to nie była mądrość, tylko rezygnacja, ale wtedy tego nie widziałem.
Nie chcę, żeby ktoś odebrał ten wpis jako negowanie alkoholu. Do dziś zdarza mi się nawalić – mniej lub bardziej świadomie – ale z pewnością rzadziej. Potrafię się ograniczyć. Wiem, kiedy przestać. Może to kwestia wieku, może doświadczenia, a może po prostu zmęczenia. Kiedy jesteśmy młodzi, chcemy więcej i szybciej, już teraz. Chcemy poczuć, że żyjemy, że coś się dzieje. Ale często kosztuje nas to więcej, niż jesteśmy w stanie zliczyć. I dopiero po latach przychodzi refleksja, że nie wszystko, co daje chwilową ulgę, jest warte tego, co później zabiera.



Komentarze
Prześlij komentarz