Rozdział VII: Paradoks


    
Uczyłem się zawsze całkiem dobrze. Nigdy nie byłem prymusem, ale też nie miałem problemów z nauką. Jeśli zdarzały się gorsze oceny, to raczej z powodu braku skupienia albo zwyczajnego znudzenia tematem. Nie potrafiłem poświęcić się czemuś, co nie wzbudzało we mnie emocji. Wolałem działać, doświadczać, żyć – a nie tylko siedzieć nad książkami.

    Szkoła była dla mnie bardziej miejscem spotkań niż nauki. To tam nauczyłem się, jak rozmawiać z ludźmi, jak zjednywać sobie towarzystwo i jak z każdej sytuacji wyciągać coś dla siebie. Życie towarzyskie stało się moim żywiołem. Czasem miałem wrażenie, że to właśnie ono jest moim prawdziwym kierunkiem studiów – nie matematyka, nie historia, tylko ludzie.

    Zawsze uważałem, że moje życie jest nudne. Może właśnie dlatego nieświadomie szukałem wrażeń, które tę nudę miały przełamać. W efekcie trafiałem w miejsca i sytuacje, o których większość mogłaby tylko czytać w książkach. Czasem było to śmieszne, czasem ryzykowne, a czasem po prostu absurdalne.

    Bywały też momenty, które wymykały się logice – takie, które dziś wspominam z niedowierzaniem. Nie wiem, czy to był przypadek, młodzieńcza brawura, czy po prostu splot emocji i impulsów, które w tamtym wieku wydawały się naturalne. Wtedy nie analizowałem, po prostu żyłem.

    Nigdy nie zwalniałem tempa. Wchodziłem w sytuacje, które potrafiły mnie przerosnąć, ale zawsze znajdowałem z nich wyjście – czasem przypadkiem, czasem dzięki szczęściu, a czasem po prostu dlatego, że nie miałem innego wyboru. Te doświadczenia nauczyły mnie, że nawet jeśli człowiek zakopie się po uszy w problemach, to zawsze gdzieś obok jest ścieżka, którą można się wydostać.

    Patrząc wstecz, wiem, że to właśnie szkoła średnia ukształtowała mnie najbardziej. Nie przez lekcje, nie przez oceny, ale przez ludzi i sytuacje, które mnie otaczały. To wtedy nauczyłem się, jak funkcjonować wśród innych, jak budować relacje i jak radzić sobie w chaosie.

    A jednak – mimo całego tego towarzystwa, śmiechu, imprez i przygód – w środku często czułem się samotny. Może dlatego, że nigdy nie potrafiłem na dłużej zatrzymać się przy jednym miejscu, jednej osobie, jednej myśli. Może dlatego, że w tym całym zgiełku szukałem czegoś, czego sam nie potrafiłem nazwać.

    Dziś wiem jedno – tamten czas był pełen sprzeczności. Byłem otoczony ludźmi, a jednak często czułem pustkę. Byłem w centrum wydarzeń, a mimo to miałem wrażenie, że stoję z boku. I może właśnie w tym tkwi paradoks dorastania – że najgłośniejsze chwile życia potrafią być jednocześnie najbardziej samotne.

Komentarze

Popularne posty