Rozdział X: Kiedy jedna to za mało
Lilo była obecna w moim życiu przez większość okresu dorastania. Zanim jeszcze ją poznałem, słyszałem o niej różne historie – jedne lepsze, inne gorsze. Kiedy w końcu nasze drogi się przecięły, od razu wiedziałem, że coś mnie do niej przyciąga. Nie chodziło o uczucia, raczej o fascynację, o potrzebę bliskości, której wtedy szukałem w sposób prosty i bezpośredni. Od początku złapaliśmy wspólny rytm, podobne spojrzenie na świat, podobny sposób bycia.
Nasza relacja była intensywna, pełna emocji i spontaniczności. Spotykaliśmy się, rozumieliśmy bez słów, a wszystko działo się szybko, jakbyśmy oboje bali się, że coś może nam umknąć. Lilo miała w sobie coś wyjątkowego – drobną sylwetkę, tatuaże, które opowiadały jej historię, i sposób poruszania się, który przyciągał uwagę. Była wolna, nieprzewidywalna i prawdziwa. Seks z nią nie był niczym wyjątkowym ale była jedną z nielicznych kobiet z którymi spałem przy których czułem się całkowicie bezpiecznie.
Kiedy wyjechała na dłuższy czas do Anglii, kontakt się urwał. Ale gdy wróciła, wszystko potoczyło się tak, jakby nie minął ani dzień. Spotkaliśmy się, pojechaliśmy do niej. Nie było nawet rozmowy tylko od razu jak tylko weszliśmy do jej domu zaczęliśmy się rozbierać. Znów miałem jej nagie ciało pod swoimi palcami, znów trzymałem ją mocno na kark kiedy była wypięta w moją stronę. Kiedy skończyliśmy, spędziłem z nią jeszcze trochę czasu na rozmowie i umówiliśmy się na spacer kolejnego dnia.
Tego samego dnia wieczorem wyszedłem jeszcze do knajpy. Spotkałem tam dwie znajome z klasy – zawsze razem, najlepsze przyjaciółki. Kilka kieliszków sprawiło, że temat zszedł całkowicie w stronę erotyczną i czuć było między naszą trójką napięcie. Nie mogłem sobie tego odpuścić tym bardziej, że obie były piękne i zaprosiłem je do siebie. Nie pamiętam nawet czy zdążyliśmy się u mnie czegoś napić czy praktycznie od razu zaczęliśmy całować. Nasze trzy nagie ciała i zmieniające się pozycję zostaną ze mną na zawsze, nie dlatego, że był to mój pierwszy trójkąt ale dlatego, że faktycznie tamtego wieczoru pierwszy i ostatni raz między naszą trójką było coś więcej. Z Edytą już nigdy więcej nic podobnego się nie powtórzyło ale z Martą ciągnęło nas do siebie często w mniej lub bardziej oczywisty sposób. Teraz kiedy to piszę, odnoszę wrażenie, że mogłem w tamtym momencie być tylko przykrywką dla Edyty, która darzyła Martę czymś więcej niż tylko przyjaźnią.
Ten dzień zapisał się w mojej pamięci nie tylko przez to, co się wydarzyło, ale przez to, co symbolizował. Był jak podsumowanie tamtego etapu mojego życia – pełnego chaosu, emocji, poszukiwań i prób zrozumienia siebie. Nie było w tym kalkulacji ani planu, tylko czyste doświadczenie chwili.
Dziś patrzę na to z dystansem. Wiem, że wtedy kierowałem się impulsem, że szukałem potwierdzenia własnej wartości w oczach innych. Ale wiem też, że te doświadczenia mnie ukształtowały. Nauczyły, że bliskość to coś więcej niż fizyczność, że prawdziwa relacja zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba udowadniania czegokolwiek. Lilo i tamten czas to część mojej historii – nie idealnej, ale prawdziwej.



Komentarze
Prześlij komentarz