Rozdział XI: Polityka
Muszę się przyznać do czegoś, czego dziś wstydzę się najbardziej. Eksperymentowałem z polityką. Jak wielu młodych mężczyzn, byłem kiedyś zafascynowany Januszem Korwin-Mikke i jego poglądami. W tamtym czasie wydawał mi się kimś wyjątkowym – człowiekiem, który mówi to, co myśli, bez strachu i bez kompromisów. Kiedy go poznałem osobiście, byłem oczarowany. Miał w sobie styl i klasę, której tak bardzo brakowało w moim otoczeniu. Potrafił opowiadać anegdoty, żartować, a każda rozmowa z nim wydawała się intelektualną przygodą. Spędzanie z nim czasu podczas organizowania jego spotkań było dla mnie czymś wyjątkowym – czułem, że uczestniczę w czymś ważnym.
Z czasem jednak zacząłem dostrzegać pęknięcia w tym obrazie. Zrozumiałem, że za tą fasadą błyskotliwości i pewności siebie kryje się człowiek, którego poglądy coraz bardziej mnie odpychały. Logika, którą tak bardzo cenił, znikała, gdy tylko temat stawał się niewygodny. Zauważyłem, że wiele z jego słów to tylko dobrze brzmiące hasła, które nie mają pokrycia w rzeczywistości.
W klasie maturalnej los – albo może przypadek – sprawił, że zainteresowałem się lokalną kampanią samorządową. Nie planowałem tego. Po prostu pojawiłem się na jednym ze spotkań, a po rozmowie z kandydującym wtedy na prezydenta miasta, który dziś jest senatorem, zostałem wpisany na listę wyborczą jako kandydat do rady miejskiej. Brzmi poważnie, ale w tamtym czasie byłem najmniej odpowiedzialną osobą, jaką można sobie wyobrazić. Często byłem pod wpływem alkoholu lub innych środków, a mimo to znalazłem się w miejscu, gdzie podejmowano decyzje dotyczące ludzi i miasta.
Zobaczyłem wtedy politykę od środka. Zobaczyłem układy, przysługi, zależności. Zrozumiałem, że to nie świat idei, tylko świat interesów. Każdy coś komuś zawdzięczał, każdy coś komuś obiecywał. Sam po latach odebrałem jedną z takich przysług – i to doświadczenie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ten mechanizm jest nie do zatrzymania.
Nie było w tym nic wyjątkowego ani spektakularnego. Było za to coś głęboko ludzkiego – obrzydliwego w swojej prostocie. Polityka okazała się nie miejscem dla idealistów, ale dla tych, którzy potrafią grać.
Mam w sobie element społecznika. Chciałbym wierzyć, że można coś zmienić, że można działać dla dobra innych. Ale wiem też, że w dzisiejszym świecie każda pomoc ma swoją cenę. Każdy gest, każda decyzja, każdy uśmiech – wszystko ma swój koszt. I prędzej czy później trzeba za to zapłacić.
Dziś wiem, że polityka nie jest dla mnie. Nie dlatego, że się jej boję, ale dlatego, że nie chcę być częścią świata, w którym szczerość i dobre intencje są towarem deficytowym.



Komentarze
Prześlij komentarz