Rozdział XII: Maski
Jak już wspominałem w poprzednich wpisach, byłem osobą, która zbyt łatwo dawała się pociągnąć różnego rodzaju pokusom. Nie zawsze życie prowadziło mnie w te sytuacje – często sam je prowokowałem, jakbym nie potrafił inaczej. Nie chodziło jednak o destrukcję, a raczej o chęć życia pełnią, o potrzebę poczucia, że naprawdę istnieję. Nigdy nie chciałem tylko przetrwać – chciałem żyć, nawet jeśli miało to kosztować więcej, niż byłem w stanie zapłacić.
Jest taka piosenka Jacka Kaczmarskiego „Poczekalnia”. Zawsze miałem ją gdzieś z tyłu głowy. Żyłem w myśl jej przesłania – by zdążyć na swój pociąg, nie utknąć na peronie, nawet jeśli oznaczało to bieg przez chaos, ryzyko i ból. Wierzyłem, że lepiej się sparzyć, niż nigdy nie spróbować. Z czasem jednak ta filozofia zaczęła mnie pożerać od środka.
Kiedy stałem się osobą rozpoznawalną – niekoniecznie w pozytywnym sensie – postanowiłem to wykorzystać. Skoro ludzie i tak mieli o mnie wyrobione zdanie, uznałem, że nie ma sensu z tym walczyć. Zacząłem grać rolę, którą mi przypisano. Byłem taki, jakim mnie widzieli – prowokujący, nieodpowiedzialny, głośny. Przestałem być sobą, a stałem się odbiciem cudzych oczekiwań. Zakładałem maskę za każdym razem, gdy wychodziłem do ludzi. Tylko czasami, w nielicznych chwilach, pozwalałem sobie ją zdjąć.
Było niewiele osób, przy których mogłem być naprawdę sobą. Większość znała tylko tę wersję mnie, którą sam im sprzedałem – tę, która miała błyszczeć, bawić, szokować. Ale pod tą fasadą krył się ktoś zupełnie inny – wrażliwy, empatyczny, często zagubiony. Ten ciągły maraton, w którym goniłem za życiem, wielokrotnie doprowadzał mnie na skraj przepaści. Czasem nawet spadałem – prosto na dno, z którego trudno było się podnieść.
Były momenty, gdy ktoś wyciągał do mnie rękę. Ale ja, zamiast ją chwycić, odsuwałem się. Wydawało mi się, że nikt nie zaakceptuje mnie takim, jakim naprawdę jestem. Przecież przyciągnął ich obraz – kobieciarza, alkoholika, ćpuna. Nie człowieka, który potrafi czuć, który potrafi kochać i współczuć. Więc grałem dalej. Skoro już zacząłem tę grę, musiałem ją dokończyć.
Z czasem nauczyłem się odróżniać te dwa światy – ten, w którym byłem postacią z opowieści innych, i ten, w którym byłem sobą. Zostałem dupkiem dla większości, tylko po to, by ci nieliczni, którzy zajrzeli głębiej, mogli powiedzieć: „ej, w sumie jesteś okej”. I może właśnie w tym tkwiło moje największe zwycięstwo – że mimo wszystkich masek, mimo błędów i upadków, wciąż potrafiłem być człowiekiem. Choćby tylko dla kilku osób. Choćby tylko na chwilę.



Komentarze
Prześlij komentarz