Rozdział XV: Trzech Króli



    Na festiwale jeździłem praktycznie zawsze w tym samym składzie, przynajmniej w latach 2013–2015. To był czas, kiedy życie kręciło się wokół muzyki, ludzi i chwil, które wydawały się nie mieć końca. Olek i Śmigło – dwóch zupełnie różnych, niepasujących do siebie ludzi – tworzyli duet, który działał jak dobrze zgrany zespół. W tym wszystkim byli jeszcze Mejson i Ganzes, którzy pojawiali się najczęściej. Każdy z nas inny, a jednak razem tworzyliśmy coś wyjątkowego.

    Nie pamiętam dokładnie, jak doszło do tego, że pojechałem z nimi wtedy na Jarocin jednym autem. Pamiętam za to doskonale nastawienie Śmigła na początku wyjazdu i to, jak bardzo zmieniło się pod koniec. Uważał mnie za dzieciaka – w końcu byłem od nich o prawie dziesięć lat młodszy. A jednak, gdy festiwal dobiegał końca, byliśmy już tak zżyci, jakby żadna różnica wieku nie miała znaczenia.

    Zanim w ogóle dojechaliśmy na miejsce, wypiliśmy w samochodzie butelkę wódki i dosłownie wytoczyliśmy się z auta, nie mając pojęcia, jak złożyć namiot. Kiedy Śmigło został odpocząć, a my poszliśmy z nowo poznanymi ludźmi na obiad, pamiętam jego zdziwienie, gdy przyniosłem mu kawałek pizzy. To było coś prostego, ale w tamtej chwili wyjątkowego. Myślę, że właśnie wtedy kupiłem sobie jego sympatię. Od tego momentu praktycznie cały festiwal spędziliśmy razem.

    Później były kolejne wyjazdy – mniejsze i większe imprezy, ale głównie w trójkę: ja, Olek i Śmigło. Sylwester w górach, kiedy byliśmy z grupą obcych ludzi, praktycznie odcięci od świata, zostanie ze mną na zawsze. To była kwintesencja naszej znajomości – chaos, śmiech, muzyka i rozmowy do rana. Pomimo wypitych ilości alkoholu, które dziś wydają się niemożliwe, pamiętam większość rzeczy, które wtedy robiliśmy.

    Pamiętam rozmowy – te najgłupsze, jak opowieść Olka o tym, jak uciekał przed skinheadami w Opolu, i te najpoważniejsze, o przyjaźni, które prowadziliśmy na Woodstocku 2015 z Dianą i Ganzesem. Historia Olka o ucieczce z Opola pokazuje, jak bardzo ceniliśmy swoje towarzystwo. Zamiast iść wtedy na koncert Kultu, który słyszeliśmy z oddali, woleliśmy siedzieć i słuchać jego opowieści. Jak zawsze, zebrał wokół siebie jeszcze większą publiczność.

    Olek to człowiek, którego się albo kocha, albo który potrafi doprowadzić do szału. Ja wybrałem to pierwsze. Nikt tak jak on nie potrafił mnie rozbawić, a nikt tak jak Śmigło nie potrafił zmusić do refleksji. Po części to oni mnie kształtowali – pokazali mi świat pełen pięknych ludzi, cudownej muzyki i chwil, które naprawdę coś znaczyły.

    Zawdzięczam im wiele. Nasz pierwszy Jarocin zostanie w mojej pamięci na zawsze. I choć mówi się, że to, co wydarzyło się na festiwalu, zostaje na festiwalu – ta zasada już dawno przestała obowiązywać.

Komentarze

Popularne posty